Roy Jacobsen, “Nowa woda”

„Traktowałem cię jak normalnego człowieka, chociaż wioska twierdziła, że jesteś szaleńcem. Widzę teraz, że się pomyliłem. Zacznijmy wszystko od początku”. Ponura wyspa u wybrzeży Norwegii. W tajemniczych okolicznościach znika córka właściciela miejscowej przetwórni ryb, Lisa. Większość mieszkańców sądzi, że dziewczyna uciekła do Kopenhagi, i choć nikt nie ma z nią kontaktu, starają się zapomnieć o sprawie. Jon, półobłąkany bohater powieści, który spędzał z Lisą niemal każdą chwilę, przypadkiem odkrywa, że prawdopodobnie nigdy nie opuściła wyspy.

Nową wodę Roy Jacobsen opublikował w 1987 roku – zastanawiam się, czy Stieg Larsson, pracując nad pierwszym tomem Millenium, znał tę książkę. Zbieżności jest sporo: odludzie, zaginiona dziewczyna, morderstwo, szaleniec. Zamiast fotografii są kasety wideo, bo Jon – pozostający pod opieką siostry nastolatek-schizofrenik, wciąż zakochany w Lisie – regularnie kręci filmy, na których siedzi nieruchomo w fotelu, ze strzelbą w dłoni, i mówi do kamery. W ten sposób porządkuje świat, układa w całość poszczególne elementy układanki.

Hermansen, który przybywa do wioski, by poprowadzić śledztwo w sprawie zaginięcia dziewczyny, na pierwszy ogień bierze Jona. Z jego zagmatwanych, pełnych luk i nieścisłości zeznań policjant szybko wysnuwa dwa wnioski. Po pierwsze, że ma do czynienia z szaleńcem. Po drugie, że jest to szaleniec bardzo sprytny.

Jacobsen w tej krótkiej, oszczędnie napisanej książce świetnie połączył elementy kryminału z powieścią psychologiczną. Nowa woda  nie sprowadza się bowiem wyłącznie do zbrodni, śledztwa i kary – pisarz stworzył przekonujący obraz zamkniętej, niemal uwięzionej na wyspie społeczności („nikt nie zdoła uciec z tej wyspy, bo ona i tak, bez względu na to, gdzie się pojedzie, będzie się ciągnąć za człowiekiem jak błotnisty ślad”) i powołał do życia postać, której zachowania i motywacje do samego końca są dla czytelnika tajemnicą.

Otagowane ,

Idealny czytelnik nie jest wypychaczem zwierząt

Idealny czytelnik to tłumacz, który umie rozkroić tekst, obrać ze skóry, dobrać się do szpiku, podążać za każdą tętnicą i żyłą, a potem postawić na nogi całkiem nowe, czujące stworzenie. Idealny czytelnik nie jest wypychaczem zwierząt.

Każdy idealny czytelnik jest czytelnikiem kojarzącym, który czyta tak, jakby wszystkie książki były dziełem jednego ponadczasowego i płodnego autora.

Idealny czytelnik każdą książkę, do pewnego stopnia, czyta jak autobiografię.

Idealni czytelnicy nie podążają za opowieścią: oni biorą w niej udział.

Pisanie na marginesie to znak idealnego czytelnika.

Idealny czytelnik nawraca.

[Alberto Manguel, Notatki do definicji idealnego czytelnika, więcej tutaj]

Otagowane

Źle urodzone. Springer

Druga książka Filipa Springera dotyka podobnych problemów, co debiutancka „Miedzianka. Historia znikania”. Autor jest zafascynowany tym, co zapomniane, porzucone, co zostało zepchnięte na margines lub przestało istnieć. Tytułowe „Źle urodzone” to modernistyczne budynki, które wzniesiono w czasach PRL. Za komuny przeżywały świetność, po jej upadku zaczęły niszczeć, straszyć obdrapaną elewacją i brudem. W końcu – znikać, jak wyburzony w  ubiegłym roku dworzec kolejowy w Katowicach.

Urodziły się w złym czasie, trudnym, bolesnym, byle jakim i parszywym. I jakby tego wszystkiego było mało, gdy czasy się zmieniły, kojarzono je już tylko z tamtą peerelowską bylejakością.

Springer rusza tropem „źle urodzonych”, starając się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego traktuje się te miejsca po macoszemu – czy chodzi tylko o wspomnianą niechęć do PRL-u, która sprawia, że chce się o tych miejscach zapomnieć, zrównać je z ziemią? Dworce w Katowicach i Warszawie, poznański Okrąglak, katowicki Spodek i Superjednostka, pawilon Chemii i Supersam w stolicy. Kiedyś były powodem do dumy, teraz, dwie dekady po upadku komunizmu, stały się – poza nielicznymi wyjątkami, jak np. osiedle Sady Żoliborskie – jakimś wstydliwym, niewygodnym wspomnieniem, którego należy się pozbyć. Część z nich już wyburzono.

Choć podtytuł książki mówi, że reportaże są o architekturze PRL-u, to równoprawnymi bohaterami Źle urodzonych są architekci i architektki. W jakimś sensie też źle urodzeni – projektowali nowoczesne budynki, szukali nowatorskich rozwiązań, mieli wielkie ambicje i wyobraźnię, ale nie przystawali do siermiężnego PRL-u. Budowanie za czasów komuny było nieustającą walką. Nie tylko o materiały – stal, marmur i tafle szkła – ale też z komunistyczną biurokracją, układami, polityką. „Architektura to sztuka wyboru i rezygnacji”, mówi Mieczysław Król, architekt Superjednostki. Z przeprowadzonych przez Springera rozmów bije rozgoryczenie: w PRL-u „wybór” często sprowadzał się do octu i musztardy, a “rezygnacja” była chyba najlepszą, najmniej rozczarowującą taktyką. Bo jak inaczej można było znieść, na przykład, trzy dekady ślęczenia nad szkicem Dworca Centralnego w Warszawie, który był przez wierchuszkę nieustannie poprawiany?

Przez dwadzieścia sześć lat Arseniusz Romanowicz rozmyślał o dworcu. Rozmyślali też kolejarze, rozmyślała partia. Nad dworcem głowili się kolejno Bierut, Gomułka i Gierek. Każdy z tych myślicieli miał swój pomysł na dworzec, każdy dorzucał swoje pięć groszy. Zwykle, gdy jakaś genialna myśl dojrzała już na tyle, by ujrzeć światło dzienne, Arseniusz był wzywany do gabinetu kogoś ważnego (…).

Komuna i jej zadymione sportami gabinety w końcu zniknęły, ale ignorancja, z jaką mieli do czynienia powojenni architekci, trwa w najlepsze. Mimo zorganizowanych, masowych protestów i poparcia znanych postaci architektury, wyburzane są kolejne perełki polskiego modernizmu. Chyba najgłośniejszy, najbardziej medialny jest wspomniany na początku przypadek dworca w Katowicach. Gdy w końcu cofnięto zgodę na jego rozbiórkę, było już za późno. Mało brakowało, a Dworzec Centralny w Warszawie podzieliłby ten sam los.

Książka Springera otwiera oczy. Mieszkałem w Poznaniu sześć lat i nigdy nie zainteresowałem się Collegium Novum, Arsenałem czy Okrąglakiem. Po prostu były – szare, brudne, nieciekawe, jak wiele innych budynków, które wybudowano w PRL-u. Za każdym z nich kryje się jakaś historia, często gorzka, ale podszyta nostalgią. Springer wydobywa je na światło dzienne, wyciąga z lamusa, sprawia, że chcę wsiąść na rower i pojechać obejrzeć np. Kolonię I Haliny Skibniewskiej albo Przyczółek Grochowski Zofii i Oskara Hansenów, porównać je ze zdjęciami, poczuć na własnej skórze. W Źle urodzonych jest prawie dwieście fotografii budynków z różnych miast Polski – uzupełniają reportaże, wprowadzają w klimat epoki, w której dążenie do nowoczesności musiało iść pod rękę z absurdalnymi, politycznymi decyzjami. Ważna (i pięknie wydana) książka, która uczy patrzeć.

Otagowane

Na brzegu życia. Andrzej Stasiuk, „Grochów”

Najnowsza, niepozorna – liczy niecałe sto stron – książeczka Andrzeja Stasiuka, Grochów, jest dokładnie o tym, czego zabrakło mi w Dzienniku pisanym później. Stasiuk nie poświęca już tyle uwagi podróżom, nie opisuje szczegółowo odwiedzanych miast i krajów. Pisze za to o bliskich sobie ludziach, o starzeniu się i umieraniu; pisze gorzko, z rezygnacją, swoją charakterystyczną, chłodną frazą, którą dobrze znamy z wcześniejszych książek. Każde z czterech „ni to wspomnień, ni to opowiadań” z Grochowa naznaczone jest śmiercią: w pierwszym odchodzi babka narratora, w kolejnych – znajomy pisarz, zniedołężniała suka, długoletni przyjaciel. „Wszystko trwa, a my zostajemy coraz bardziej sami”, mówi Stasiuk, ale przecież

nie od razu jesteśmy śmiertelni. Wtedy nie byliśmy. I jeszcze przez wiele lat. Teraz wracam do nich. A może to one przychodzą do mnie? W środku dnia, w pół czynności. Tamte dni. Gdy nic nam nie groziło.

Ten miniony czas „nieśmiertelności” – dzieciństwo i dorastanie w PRL-u, pierwszą przyjaźń, młodzieńcze wyprawy – pięknie opisuje w najobszerniejszym, tytułowym opowiadaniu, które rozgrywa się w kilku planach czasowych. Mamy tu wspomnienia czterolatka, dla którego pępkiem świata był Plac Szembeka, „podwórko ze sraczykiem i rwetesem oglądane z okna i opustoszały kościół”. Są wyprawy autostopem, wieczorne ogniska, pierwsze wyjazdy za granicę, która wydawała się czymś o wiele lepszym niż warszawski Grochów w latach 60.:

Miasto zatrzymywało się w pół kroku jak nad urwiskiem, jakby traciło oddech albo wpadało w osłupienie na widok tej przestrzeni glinianek, psich wygonów, blaszaków, torowisk i całego tego badziewnego cudu. (…) Wszędzie zakradało się nieplewione zielsko, ugór i nieużytki. Wieś już się skończyła, lecz nic się nie zaczęło. Baraki, spłowiała papa, parter. Miasto wstawało gdzieś w oddali. Z wysokich nasypów Olszynki widać było czerwone zachodzące słońce i czarną sylwetkę Pałacu Kultury.

Z biegiem lat Plac Szembeka został zastąpiony innym symbolicznym centrum – fabryką. W Grochowie jest ona ucieleśnieniem losu przeciętnych mieszkańców dzielnicy, przed którym narrator chce za wszelką cenę uciec: „Było coś monstrualnego w tych tłumach wchodzących rano do wnętrza fabryki, do jej brzucha. Szli jak na zagładę, na pożarcie. Nasi ojcowie”. Ucieczka kończy się połowicznym sukcesem: narratorowi Grochowa już zawsze będzie towarzyszyć wrażenie, że „zdradził”, zbiegł z miejsca, które było mu przeznaczone.

Stasiuk po raz pierwszy pisze o starzeniu się i śmierci tak otwarcie i konsekwentnie - Grochów w całości składa się z czułych, bardziej lub mniej rozbudowanych nekrologów, opowiadań-pożegnań. Śmierć – “stara kobieta o dobrotliwej, ironicznej twarzy, twarzy mojej babki” – jest zaraźliwa: “uczestnicząc w śmierci innych ludzi, w śmierci bliskich, sami trochę umieramy”.

W zamykającym tomik opowiadaniu, które jest zapisem wyprawy dwóch przyjaciół do Piranu, to bezradne uczestnictwo w czyimś umieraniu zostaje przedstawione najpełniej. Narrator i jego śmiertelnie chory przyjaciel podejmują ostatnią próbę ucieczki, z góry skazaną na niepowodzenie, bo przed śmiercią nie można uciec – na nic te wszystkie wyjazdy, oszukiwanie losu, unikanie rozmów o starzeniu się i umieraniu. Prawda być może oczywista, ale Stasiuk podaje ją w pięknych dekoracjach. Na pocieszenie stwierdza: „nie straciliśmy pamięci”, mamy wspomnienia:

Lipiec, może sierpień. Pociąg jechał do Łupkowa. Stare trzy albo cztery zielone wagony i parowa lokomotywa. Siedzieliśmy na samym końcu składu, na stopniach ostatniego wagonu. Paliliśmy papierosy. Ich zapach mieszał się z zapachem dymu z lokomotywy i upałem. Siedemdziesiąty siódmy albo siedemdziesiąty ósmy. Byliśmy wolni. Tak nam się wydawało.

Otagowane

Pisać albo nie robić nic

Co do mnie, czekam na natchnienie, chociaż niekoniecznie tak to nazywam. Moim zdaniem, wielkie pisarstwo tchnące życiem powstaje za sprawą splotu słonecznego. To ciężka praca w tym sensie, że człowiek bywa potem zmęczony, a nawet wyczerpany. W sensie świadomego wysiłku nie jest to w ogóle praca. Rzecz najważniejsza, żeby był pewien okres czasu – powiedzmy co najmniej cztery godziny dziennie – kiedy zawodowy pisarz nie robi nic innego tylko pisze. Może zresztą wcale nie pisać; jeżeli nie ma ochoty, nie powinien nawet próbować. Może wyglądać przez okno, stać na głowie, turlać się po podłodze, ale nie powinien robić nic określonego, nie powinien czytać, pisać listów, oglądać pism czy wypisywać czeków. Ma pisać albo nie robić nic. Na tej samej zasadzie utrzymuje się ład w szkole. Jeżeli się zmusza uczniów, żeby siedzieli spokojnie, nauczą się czegoś, po prostu, żeby nie usnąć z nudów. Przekonałem się, że zasada jest skuteczna. Oto dwie bardzo proste reguły: a) Nie ma się obowiązku pisać; b) Nie wolno robić nic innego. Reszta przychodzi sama.

Raymond Chandler, [w:] Mówi Chandler, Czytelnik 1983

Otagowane