Syberia, na północ od jeziora Bajkał, ranek 30 czerwca 1908. Do Ziemi z zawrotną prędkością zbliża się lodowa asteroida; po wejściu w atmosferę eksploduje, kładąc pokotem drzewa w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Dwadzieścia lat później w poszukiwaniu szczątków meteorytu wyrusza wyprawa naukowa. Ekspedycja kończy się niepowodzeniem, badacze postanawiają wracać; jeden z jej uczestników, 20-letni, jasnowłosy student o niebieskich oczach, odłącza się od grupy i odnajduje meteoryt – wielką bryłę niebieskiego lodu. Cięcie. Moskwa, rok 2007. W podziemiach oddanego właśnie do użytku magazynu znajduje się pięć osób – dwie z nich są przywiązane do betonowych słupów podtrzymujących sufit. Porywacze wyjmują z bagażnika metalową walizkę, z której wyciągają lodowy młot. Zaczynają uderzać narzędziem w pierś pierwszego przywiązanego mężczyzny, krzycząc przy tym: przemów sercem!; po każdym uderzeniu przykładają głowę do piersi ofiary i nasłuchują. Cięcie.

 

Tak mogłyby wyglądać pierwsze sceny ekranizacji Lodu Władimira Sorokina. Książka sprawia wrażenie thrillera, którego spiritus movens jest tajemnicza sekta czy organizacja przestępcza, składająca się wyłącznie z osób o blond włosach i niebieskich oczach. Sorokin umiejętnie gra z konwencją powieści popularnej (wartka akcja, szybkie cięcia, przemoc, seks), by w drugiej części książki aktywować – jak przystało na klasyczną powieść postmodernistyczną – teorię spiskową, elementy metafikcji historiograficznej i filozofii. Okazuje się bowiem, że tajemniczy blondyni są elementami Światłości Pierwotnej, która najpierw stworzyła wszechświat, a następnie się rozpadła. 23000 cząstek Światłości upadło na Ziemię; przeszły one ewolucję i przybrały postać ludzi. Nie są jednak świadome swego pochodzenia – opisany powyżej rytuał przebudzenia młotem ma działać jak anamneza, przypomnieć cząstkom o boskiej proweniencji. Gdy obudzą się serca wszystkich 23000 cząstek, Ziemia przestanie istnieć, zaś Światłość Pierwotna odzyska swój odwieczny kształt.

 

Wplecione przez Sorokina elementy ontologiczne można odczytywać jako nawiązania do Al-Ghazalego, który w Niszy Świateł uznał Światło za substancję pierwszą, tworząc chyba najbardziej sugestywny obraz mistyki światła – nie ma jednak potrzeby kopać zbyt głęboko. Sorokin posługuje się filozofią instrumentalnie, tworzy zaledwie bajkowy zarys ontologii. Nie wdaje się w szczegóły, bo o wiele bardziej interesują go obecne w popkulturze mity i spiski, które umiejętnie przekuwa na tworzywo powieści. Poczynając od meteoru tunguskiego – nigdy nie odnalezionego – który stał się „idealną kosmiczną substancją” blondynów, przez bohaterów Lodu, którzy z jednej strony budzą skojarzenia z Übermenschen, z drugiej zaś utożsamiani są z obsesyjnie poszukiwanymi w powieściach postmodernistycznych spiskowcami (blondyni przejęli władzę w Rosji zaraz po wojnie; stąd też ich wszechmoc i brak problemów finansowych), wreszcie motyw snu, w którym pogrążone jest 99% ludzkości, przywołujący skojarzenia z Matrixem (jeden z bohaterów powieści ma na ścianie plakat z Neo). Ten bric-à-brac zadziwiająco dobrze się trzyma, mimo że gdzieniegdzie przeszkadza szkicowość i naiwność lodowego projektu. Rzecz czyta się wyśmienicie – miałem zamiar tylko rzucić okiem na pierwszą stronę, a oderwałem się od książki dopiero zamykając tylną okładkę.

About these ads