Magazyn, ładownia, miejsce zatracenia

Zafrapowała mnie biblioteka, także z mahoniu. Zajmowała trzy ściany, ale była praktycznie pusta. Na każdej półce stały po dwie, trzy książki, dla ozdoby, w stylu kiepskich dekoratorów wnętrz, którzy dostarczając klientowi świadectw nieautentycznej kultury, przewidują miejsce na pseudochińskie wazy, afrykańskie fetysze, srebrne talerze, kryształowe karafki. (…) Niemożliwe, żeby dziadek, księgarz i kolekcjoner, godził się na pustą bibliotekę. I rzeczywiście, na jednej z półek stała w srebrnych ramkach fotografia, zrobiona najwyraźniej z rogu pokoju, kiedy słońce padało przez okno na biurko. Siedział za nim dziadek z lekko zdziwioną miną, bez marynarki (ale w kamizelce), wciśnięty prawie między dwie sterty brulionów i podniszczonych książek, zawalające biurko. Widoczne za nim regały były zapchane książkami, wśród których wznosiły się nieporządnie poukładane stosy gazet. W kącie, na podłodze, dostrzegało się inne sterty – chyba czasopism – oraz pudła pełne papierów, postawione tam może tylko po to, żeby ich po prostu nie wyrzucić. No właśnie, tak musiał wyglądać pokój dziadka za jego życia: magazyn zbawcy wszelkich druków, które kto inny wyrzuciłby na śmietnik, ładownia statku widma, przewożącego zapomniane dokumenty z jednego morza na drugie, miejsce zatracenia, jeżeli chciałoby się grzebać we wszystkich stosach i stertach.

Umberto Eco, Tajemniczy płomień królowej Loany, przeł. Krzysztof Żaboklicki, Noir Sur Blanc, Warszawa 2005.

Otagowane

Dryf. Juli Zeh, „Orły i anioły”

„Mocne, poetyckie obrazy jak z filmów Quentina Tarantino”, pisał recenzent jednej z niemieckich gazet o debiutanckiej powieści Juli Zeh. Orły i anioły angażują od pierwszych zdań: pulsująca akcją fabuła, pełnokrwiste, psychotyczne postaci, narkotyki, przemoc, a w tle sugestywne obrazy Wiednia i rozdartych wojną domową Bałkanów. Podobnie jak w przypadku Tarantino, nie idzie jednak wyłącznie o kolorowe obrazki.

Pod płaszczykiem prostej – jeśli nie kiczowatej – historii o niespełnionej miłości (Maks: majętny, utalentowany prawnik zajmujący się Bałkanami; Jessie: córka wiedeńskiego bossa narkotykowego, która pracuje jako kurierka), kryje się rozczarowanie zachodnią Europą. Zakłamaną, zepsutą, hipnotycznie wpatrzoną w pieniądze, niosącą pomoc tylko wtedy, gdy się jej to opłaca. Przewijający się w tle Orłów i aniołów wątek konfliktu w Bośni i Hercegowinie jest dla Zeh pretekstem, by ukazać działania europejskich organizacji od kulis: niestrzeżone granice państw byłej Jugosławii sprzyjały handlowi narkotykami, a europejscy dyplomaci, którzy powinni byli dbać o przywrócenie pokoju, nieźle na tym biznesie skorzystali.

Gdyby Zeh bardziej wyeksponowała ten wątek, Orły i anioły byłyby kolejną książką o spiskowej teorii dziejów. Więcej uwagi pisarka poświęciła jednak swoim bohaterom, których przekonujące i niekiedy  drastyczne portrety psychologiczne są najmocniejszą stroną powieści (nie licząc sensacyjnej fabuły). Maks, który po samobójstwie Jessie składa poszczególne elementy historii w całość, orientuje się, że jest trybikiem w przestępczej maszynie i powoli popada w paranoję. Clara, prezenterka radiowa, która namówiła go do nagrywania wspomnień na taśmy magnetofonowe, nie kieruje się tylko wartościami terapeutycznymi. Zagubieni, nie rozróżniający dobra od zła, próbujący wypełnić życie pieniędzmi i narkotykami, bohaterowie Orłów i aniołów dryfują w pustce. Miejscami trochę przerysowany, ale wyrazisty debiut.

Otagowane

Książki, na które warto czekać (III)

To już chyba zawsze tak będzie. Nie zdążyłem przeczytać wszystkiego, co chciałem, z 2011 roku, a już posypały się zapowiedzi na 2012. Niektóre z nich – powiedzmy sobie szczerze – elektryzujące.

1) Miron Białoszewski, Tajny dziennik. Objęty zakazem publikacji do 2010 roku. 920 stron sam na sam z Mironem!

2) James Joyce, Finneganów Tren. Nie spodziewałem się, że ktoś się pokusi o przekład ostatniej powieści Joyce’a, a tymczasem, zupełnie znienacka, Ha-art zapowiada książkę na 29 lutego. Tłumaczył Krzysztof Bartnicki.

3) Don DeLillo, Nazwy. Do tej pory żadna jego książka nie pozostawiła mnie obojętnym, liczę na solidną, mięsistą powieść.

4) John Ashbery, Cztery poematy. Klasyk ze Szkoły Nowojorskiej. Andrzej Sosnowski: „książka Ashbery’ego z trzema poematami, Three Poems, z roku 1972, od tak dawna wydaje mi się naprawdę zadziwiającym, może najciekawszym, wariantem poezji napisanej prozą w minionym stuleciu”.

No i jeszcze trzy polskie książki, o których nic bliżej nie wiadomo, ale lubię autorów, więc czekam:

5) Andrzej Stasiuk, Grochów
6) Krzysztof Varga, Trociny
7) Joanna Bator, Ciemno, prawie noc

Brejkam wszystkie rule. „Drwal”, Michał Witkowski

Poprzedni kawałek Michaśki – Margot – to była klapa po całości, zjechana zarówno przez krytykę, jak i czytelników. Do Drwala podchodziłem więc jak pies do jeża, ale pozytywne recenzje, w których powtarzano, że w nowej powieści Witkowskiego jest Gombrowicz, powieść przygodowa w duchu Bahdaja, Nienackiego i Niziurskiego, kryminał, drwina, dla każdego coś miłego, w końcu mnie przekonały.

Na początku powieści bohater-narrator – który aż się prosi o utożsamienie z Witkowskim – sygnalizuje dwie ważne sprawy. Po pierwsze, grubą kreską odcina się od dotychczasowego lajfstajlu:

Miałem dosyć stałego dostępu do Internetu, kupczenia swoim ciałem na Facebooku, czytania gównianych plotek, brandzlowania się, rozkojarzenia, latania po warszawskich galeriach sklepów, chciałem wyciszenia.

Po drugie, deklaruje: „Jeszcze raz, od początku, nauczę się pisać”. Zwija więc manatki i w listopadowej szarówce („codziennie święto zmarłych”) wsiada do pociągu, który wywozi go do leśniczówki nad Bałtykiem. Tam zaczyna pracować nad nową powieścią – kryminałem.

Nie tak dawno mówiło się jeszcze o kryzysie powieści – że zwróciła się do siebie, jest egoistyczna, autotematyczna, zniechęcająca czytelnika, o nadwątlonej fabule – i w tych rozważaniach kryminał często powracał jako antidotum na uwiąd powieści. Kryminał to ostoja fabuły: przecież musi być trup, śledztwo i rozwiązanie. Książka pisze się praktycznie sama. Nic zatem dziwnego, że Witkowski „ucząc się pisać”, sięgnął właśnie po ten gatunek i umiejętnie go sparodiował. Wszystkim to wyszło na dobre, bo Drwal jest pożerającym czas, klimatycznym page-turnerem.

Wracając do listopadowej szarówki w posezonowych Międzyzdrojach – najlepiej rzecz opisuje autor:

dźwięk dzwonów jak na pogrzeb, a w powietrzu zapach mrozu i węglowego pyłu, z nutą portu na dnie. (…) Węglowy pył leżący na kopie przymarzniętego śniegu. Melancholijne szczekania burków. Malownicza para z ust. (…) Pornografia nędzy i szarzyzny. Rdzewiejące lody, zbutwiałe gofry, odłażące z farby kurczaki, wielka kiełbasa z rożna, z której uszło powietrze, wielki Presley ruszający głową obsrany przez mewy, olbrzymi gofr sflaczały, a czerwone żarówki rozbite. Gabinet figur woskowych zamknięty, Scena – dyskoteka w pianie i bitej śmietanie – zamknięta, moknąca reklama Bols Vodka zdarta.

Idealne miejsce, by się wyciszyć. Ale bohater Drwala zaszywa się głębiej, na zupełnym odludziu, w leśniczówce, wokół której – jak pisał Gombro w Pornografii – wiecznie panuje „zmierzch, ta substancja, która zjada kształt”. W ogóle powieść Witkowskiego wokół Pornografii krąży: łączy je motyw wyjazdu na „wieś”, fascynacja chłopcem/lujem, no i rzecz jasna język.

W leśniczówce mieszka ów tytułowy drwal, persona skomplikowana i gburowata, otoczona antykami, filiżankami z XIX wieku, czytająca Rilkego w oryginale, ale też racząca się pornosami, Światem według Kiepskich i uzależniona od środków psychotropowych. W tym sprzyjającym wszelkim odchyłom miejscu Michaśka odkrywa, że Drwal kryje jakąś krwawą tajemnicę, i jej tropem zaczyna podążać. W śledztwo angażuje miejscowego przystankersa, luja, którego chce uwieść, który – znów Gombrowicz – jest przez Michaśkę „a priori zgwałcony”. Rzecz się coraz bardziej gmatwa, pojawia się miejscowa mafia, hochsztapler z Norwegii, piękna kobieta itd., a cała afera, jak się okazuje, sięga czasów głębokiej komuny, gdy w nadmorskich kurortach wypoczywali różnej maści aparatczycy.

Od czasu do czasu Witkowski machnie portret naszych pokręconych czasów i ich bohaterów. Są „najebani piwem z kija faceci z polskich miast i wsi”, są warszawscy hipsterzy, jest medialny ostrzał: „non stop newsy i gadające głowy, bardzo zaaferowane, jakby ktoś wdepnął w ich medialne mrowisko. Różne pańcie z mikrofonami ważące czterdzieści kilo w kozakach nadawały od rana do nocy, pobudzone tysiącem kaw. Tusk się wypowiadał, ale że czynił to bez głosu, stawał się jakoś podobny do ryby”.

Fajnie się Drwala czyta, jak przygodówkę jakąś, a pisarz zadbał o to, by wszyscy byli zadowoleni. Są kąski dla tropicieli nawiązań literackich, jest pornografią podszyte polowanie na luja – powrót do spektakularnego Lubiewa, są tajemnicze, zrujnowane ośrodki wypoczynkowe, w których ponoć jakieś skarby zakopano. Jest dystans do swoich książek (aluzje do Lubiewa, Barbary, Margot) i spojrzenie z ukosa na samego siebie, czyli to, czego zabrakło wcześniej:

Żyjemy na łonie natury długo i szczęśliwie, on łowi ryby, ja haftuję obrusy tradycyjną metodą, robię dzbany, plotę koszyki, bardzo się wyciszam. Piszę poezję afirmującą świat i ludzi, pełną światła i zgody na los. Taką a la ksiądz Twardowski, o biedronkach. Że żyję na łonie natury. Słoje drzewne. Krytycy pieją, późna, dojrzała poezja trudnej afirmacji! Nareszcie koniec z kurewstwem, nareszcie koniec z jedzeniem gówna, wreszcie mądrość, Bóg i afirmacja!

Otagowane ,

Styczeń, pora śmierci choinek

Pora śmierci choinek

Styczeń, pora śmierci choinek. Trupy rozebrane
z łańcuchów i ozdóbek. Mnóstwo bohaterów
porzuconych na śniegu. Zapomniana gwiazda
pozostawiona, zaplątana między
łysiejące gałązki. Bez blasku.
Trzej królowie już w drodze powrotnej
i nic ich nie prowadzi. Wracają do swoich
rzezi. Dziś ostatni
okruch ze świątecznego ciasta dostał się pod nogi
i dzioby ptaków. To olbrzymie zwierzę,
które wchodzi w takich momentach rycząc: ZAMYKAMY!
KONIEC! KONIEC! być może jest podłe
i godne nienawiści, ale przecież kiedyś,
gdy będziemy zmęczeni zachodami – wschodami,
lewą i prawą ręką, kocham cię – nie kocham,
będziemy je przyzywać – i gdy wreszcie przyjdzie
– przyjmiemy je z wdzięcznością.

[Marcin Świetlicki, Zimne kraje, 1992]

Ciągle, ciągle ta sama historia

Styczeń w mieście, kałuże z zimną wodą, zmierzch się rozpoczął w południe.
Kilka kłótni, co stały się poważne dopiero w czasie ciszy po nich.
Oddzieleni od nieba dachami, strychami, piętrami, sufitami – siedzą
i monotonnie wspominają albo planują następne zagraniczne podróże.
Ofiara już została wyznaczona, już wie, już jest z głowy,
już nie ma, nie jest, nie chce, nie kocha, przegrywa i spada.
A pod nogami są podłogi, piętra i piwnice.
W piwnicach ogień.

[Marcin Świetlicki, Schizma, 1994]

Otagowane
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 25 other followers